Archive for June, 2001

Warmia i Mazury. Co jeszcze wymyśli pani prezes?

Saturday, June 23rd, 2001

Starosta lidzbarski dostał od prezesa Krajowego Urzędu Pracy odpowiedź na pismo z Rybnika, starosta elbląski otrzymał odpowiedź na pozew sądowy z… Lidzborka.

Zaczęło się od braku pieniędzy na refundację kosztów przedsiębiorcom, którzy zatrudnili bezrobotnych. Biznesmeni wywiązali się z umowy, ale nie dostali obiecanych funduszy. Zwolnili więc część zatrudnionych bezrobotnych i pozwali do sądu starostwo, jako organ prowadzący Powiatowy Urząd Pracy w Lidzbarku Warmińskim.

- Wcale im się nie dziwię, należą im się te pieniądze – mówi Jacek Protas, starosta lidzbarski. Na zwrot zobowiązań za 2000 rok dostał z Krajowego Urzędu Pracy 1,5 mln. zł. Miało to starczyć także na rok bieżący. Nie wystarczyło nawet na spłatę zeszłorocznych długów. Jedno z kolejnych pism do Zielińskiej było już pozwem sądowym.

- Musimy wyegzekwować te pieniądze – wyjaśnia Protas. Tymczasem Grażyna Zielińska, prezes KUP, odpisała ,W odpowiedzi na pismo (…) w sprawie środków finansowych Funduszu Pracy dla Powiatowego Urzędu Pracy w Rybniku informuję…”.

- To jawna kpina! – wścieka się starosta lidzbarski.

Sławomir Jezierski pozwał KUP do sądu z tego samego powodu. W odpowiedzi na pozew dowiedział się, że mieszka w… Lidzborku.

W Polsce są co najmniej trzy miejscowości o nazwie Rybnik: na Podlasiu, w łódzkim i na Śląsku. Nie istnieje także miejscowość o nazwie Lidzbork.

Michał Rabikowski, rzecznik prasowy KUP przeprasza i zapewnia, że prezes Zielińska nie robi błędów na złość starostom.

- Mamy taki młyn w urzędzie, że podobne wypadki mogły się zdarzyć. To przypadek, że dwukrotnie wystąpiły na Warmii i Mazurach – mówi Rabikowski.

Autor artykułu: Małgorzata Kundzicz

Warmia i Mazury. Sportowe życie Jerzego Sikory

Saturday, June 23rd, 2001

- Kto mnie nie zna, widząc na przeciw tenisowego stołu starszego tęgiego mężczyznę myśli, że wygrać z nim to pestka. Wielu się rozczarowało – wyznaje Jerzy Sikora, dyrektor jednej z olsztyńskich firm. – Teraz chciałbym się sprawdzić w mistrzostwach świata weteranów – dodaje.

Jeszcze nie tak dawno grał w II-ligowym Centbecie Dywity. Miał sześćdziesiątkę na karku, lecz tylko kilku rywali potrafiło z nim wygrać. Zwykle zdobywał dla swej drużyny najwięcej punktów. Jeszcze trzy lata temu brał udział w mistrzostwach województwa; wszedł do ósemki. Przegrał dopiero z Tomaszem Gunkowskim, zawodnikiem Legizu Morlin Ostróda.

- Może bym i wygrał z Tomkiem – mówi Jerzy Sikora. – Parkiet był jednak mokry, upadłem i nadwerężyłem sobie bark. Z trudem dotrwałem do końca.

Niektórzy zarzucają mi, że nie zająłem się poważnie trenerką. Zawsze zdawałem sobie sprawę, że trzeba by się temu poświęcić całkowicie. A przecież ja od lat prowadzę sporą firmę. Tego nie da się pogodzić. W każdym razie w ping-ponga gram do dzisiaj.

Jerzy Sikora uzbierał przez lata startów niemal worek trofeów sportowych. Dziesięć razy był mistrzem województwa, w tym sześć razy w singlu. Wygrał kilkadziesiąt turniejów. Jeszcze teraz, aby go pokonać, trzeba mieć żelazne zdrowie i nieliche umiejętności.

Po maturze w siewierskim liceum (1956 r) wybrał się na studia do Lublina. Zdał na wydział weterynarii. Studiując grał jednocześnie w piłkę nożną w Lubliniance i w ping-ponga w AZS (II i I liga). Więcej serca miał do tej drugiej dyscypliny. Szło mu coraz lepiej. W latach 1956-60 należał do najlepszych w województwie lubelskim.

W dniu, w którym Lublinianka zdobyła mistrzostwo województwa, całą ekipą wybrali się do restauracji uczcić sukces. Doszło do awantury. Interweniowała milicja, zwijając wszystkich uczestników bijatyki. Konsekwencją było kolegium i kara grzywny. Ale nie tylko.

W drużynie było dwóch studentów, wśród nich Sikora. Obaj zostali usunięci ze swych uczelni z wilczymi biletami. Nie zamierzał przerwać nauki. Namówiony przez działaczy tenisa stołowego wyjechał do Wrocławia. Podjął studia na WSR, a tamtejsza Burza przyjęła go do pierwszoligowej drużyny tenisa stołowego. Szczęście trwało bardzo krótko.

Dwa miesiące później do dziekanatu wpłynęło pismo z ministerstwa informujące o tym, że Jerzy Sikora ma zakaz studiowania weterynarii. Realnych kształtów nabierało widmo dwuletniej służby wojskowej.

Tymczasem w Olsztynie grał wtedy w tenisa stołowego student ówczesnej WSR Zbigniew Jabłonowski, dziś profesor UWM. Traf chciał, że spotkali się na akademickich mistrzostwach Polski w Krakowie. Olsztynianin dowiedział się o kłopotach Sikory.

- ,Pomogę ci się wkręcić na studia na WSR, pod warunkiem, że będziesz grał w naszym AZS” – tak mi powiedział, wspomina Jerzy Sikora. – Przypadek zrządził, że uciekając przed wojskiem trafiłem na Warmię. To był rok 1961.

Drużyna olsztyńskiego AZS była wówczas trzecią siłą w województwie. Rywalizowała z Gwardią i OKS.W 1962 roku, już z Jerzym Sikorą, akademicy awansował do II ligi. Zespół uzupełniali: Zbigniew Jabłonowski, Henryk Koperkiewicz i Gabriel Mizerski. Ten ostatni pochodził również ze Śląska.

- Po pierwszym meczu przyszło pismo z polskiego związku informujące o wycofaniu nas z rozgrywek z powodu zbyt późnego zgłoszenia Mizurskiego – opowiada Sikora. – To był szok, długo nie mogliśmy się otrząsnąć. W 1965 r. zjawił się w Mrągowie (służba wojskowa – red.) Roman Kowalski, mistrz Polski ze Spójni Warszawa.

- W tym samym czasie przyjechał do Olsztyna Romam Czekanowski z I-ligowej drużyny z Pabianic. Całą trójką przeszliśmy do OKS. Bez problemów zdobyliśmy tytuł mistrza okręgu, a po barażach awansowaliśmy do ekstraklasy. Graliśmy tam trzy sezony.

- W dwóch pierwszych zajmowaliśmy środkowe miejsca w tabeli, w trzecim spadliśmy, bo Kowalski powrócił do Warszawy, a Czekanowski wyjechał do Białegostoku. Uchodziłem w tamtym czasie za mocnego zawodnika, na rozkładzie miałem wielu utytułowanych graczy, z medalistami mistrzostw Polski i reprezentantami kraju na czele.

Sikora gra do dziś rzadko spotykanym stylem – obronnym. Przez wiele lat był uważany za ,obrońcę” numer 2 w Polsce. Grało się wtedy głównie rakietkami deskowymi. Okładziny z gumy i gąbki pojawiły się dużo później. – Dzisiejszą technikę gry określam jako rwanie setów – mówi. – To jest tak: serw dobrze zakręcony, potem szybki wjazd i po akcji. Ani to ładne, ani emocjonujące, ani płynne. Przez te wszystkie lata ping-pong bardzo stracił na widowiskowości.

Naszego bohatera interesowała nie tylko gra, również praca szkoleniowa. Na początku lat 70. podczas mistrzostw Polski dziennikarzy w Lublinie był trenerem… ,Gazety Olsztyńskiej”. – W reprezentacji Gazety występowali m. in. Andrzej Bałtroczyk, Roman Sensmęcki, Stanisław Protakiewicz, Wojciech Zachalski – wylicza. – Trenowaliśmy chyba z miesiąc. Warto było.

Wróciliśmy w glorii. Drużynowo i w deblu Olsztyńska była najlepsza, a Andrzej Bałtroczyk zajął drugie miejsce w singlu.

Był równie dobrym graczem, jak trenerem i działaczem. W latach 80. przez trzy kadencje wybierano go na szefa Okręgowego Związku Tenisa Stołowego. Okres jego prezesury to start pingpongistów naszego regionu do wielkiego sportu. Okręg olsztyński stawał się z roku na rok silniejszy. Razem z Sikorą związkowy wózek pchali wówczas m. in.: Roman Przybysz, Tadeusz Krajewski, Jerzy Krawcewicz, Krzysztof Górski.

W tamtych latach zorganizowano w olsztyńskiej Uranii pamiętne Międzynarodowe Mistrzostwa Polski z udziałem najlepszych rakiet Europy oraz mecz Polska – Szwecja. Na ten czas przypada też początek działalności sportowej Tadeusza Czyczela, dzisiaj prezesa Kormorana Ostróda, którego zespół (Legiz Morliny) był przez dwa sezony mistrzem Polski.

- Tadek jest wychowankiem olsztyńskiego AZS – mówi były szef OZTS. – Ja go trenowałem. Po ukończeniu studiów na WSP wyjechał do Ostródy. Poleciłem go mojemu znajomemu dyrektorowi PGR Marcinowi Ślusarskiemu. Załatwił mu mieszkanie, zorganizował drużynę, no i zaczęły się treningi. Jak pegeery zaczęły padać, zaproponowałem, aby pingpongistów wziął pod opiekę inny mój znajomy, dyrektor Zakładów Mięsnych Morliny Janusz Lipski. Trafiłem w dziesiątkę. Zespół grał z roku na rok lepiej, aż sięgnął po najwyższe laury.

Jerzy Sikora bez cienia zazdrości przyznaje, że jego dawny podopieczny Tadeusz Czyczel zrobił kawal dobrej roboty. Uważa, że zarzuty, iż w Ostródzie grają najemnicy, są bezzasadne. – Tak dzieje się na całym świecie. Od najlepszych uczą się przecież młodzi – argumentuje. – Młodzież ma wzorce, rozwija się baza. Popieram też, a jednocześnie podziwiam, Zbyszka Pietkiewicza, za organiczną pracę, konsekwencję i to wszystko co zrobił dla żeńskiego tenisa stołowego w regionie.

- Nie powinien się jednak tak izolować od środowiska, władz sportowych, okręgowego związku. Aby mieć wynik, musi być szeroka symbioza. Podoba mi się też praca Tadeusza Mierzejewskiego w Mrągowii. Jego sekcja ma kłopoty finansowe. Myślę, jakby mu tu pomóc.

Autor artykułu: Lech Janka

Warmia i Mazury. Niech Stomil zagra wielki mecz

Saturday, June 23rd, 2001

W niedzielę Stomil rozegra na własnym boisku najważniejszy mecz w historii klubu. Jeśli pokona Górnika Polkowice, I liga zostanie na Warmii i Mazurach.
W pierwszym meczu padł bezbramkowy remis. Ten wynik oznacza, że w rewanżu Stomil staje przed koniecznością odniesienia zwycięstwa.

Trener Zbigniew Kieżun ma przed tym meczem cztery życzenia: – Chciałbym, żeby zespół zagrał dużo lepiej w ofensywie, życzyłbym sobie także i tego, żebyśmy się mogli przygotowywać w spokojniejszej atmosferze. Dwie kolejne sprawy to: obiektywne sędziowanie, choćby takie jakie zaprezentował w Polkowicach Jacek Granat, oraz doping publiczności. Kibice w Olsztynie nie raz i nie dwa udowadniali, że mogą popchnąć drużynę do pięknej walki. Oby tak było i tym razem – stwierdził trener Stomilu.

Fani Stomilu wczoraj przekazali władzom klubu prośbę o otworzenie bram stadionu na oścież i umożliwienie darmowego wejścia na stadion. Pod petycją do zarządu klubu podpisały się 73 osoby. Prośba wpłynęła do klubu tuż po tym jak zarząd podjął decyzję o ustaleniu cen biletów na poziomie 10 (trybuna kryta) i 5 złotych (trybuna odkryta).

- Doskonale rozumiemy intencje kibiców, wszyscy chcemy żeby nasz stadion zapełnił się rekordową liczbą widzów. Musieliśmy jednak wprowadzić niewielkie opłaty, które pozwolą nam pokryć koszty organizacji widowiska – stwierdził dyrektor klubu Piotr Kaszuba. – Przypominam, że kobiety i dzieci do lat 10 nadal mają wstęp wolny, a karnety na rundę wiosenną straciły swoją ważność – dodał Kaszuba.

Trener Stomilu Zbigniew Kieżun ma drobne kłopoty z ustawieniem składu. Na pewno nie będzie mógł skorzystać z odbywających kary za żółte kartki Marka Kwiatkowskiego i Andrieja Siniczyna, nie wiadomo czy do gry zdolny będzie Sławomir Święcki (problemy z kolanem).

Dzień po swoim weselu będzie Artur Januszewski, pod dużym znakiem zapytania stoją występy Piotra Matysa i Piotra Orlińskiego, którzy w ostatnim okresie nie trenowali z zespołem. Z kolei trzech innych piłkarzy… obawia się grać przeciwko Górnikowi (patrz oświadczenie).

- Mogę zapewnić, że na boisko wyjdą ci, którzy za Stomil popełniliby klasyczne japońskie sepuku – mówi stanowczo trener Kieżun.

Górnik Polkowice przyjedzie do Olsztyna w pełnym składzie, trener Mirosław Dragan będzie mógł wystawić do gry kontuzjowanych w środę Marcinów: Jeziornego i Szymańskiego. W Polkowicach przed pierwszym meczem spodziewano się wysokiego zwycięstwa, po końcowym gwizdku zmieniono stosunek do olsztyńskiej drużyny. Trener Dragan stwierdził, że Stomil sprowadził Górnika na ziemię. Dodał jednak, że w rewanżu nie sprzedadzą tanio skóry.

Oświadczenie

My niżej podpisani piłkarze MOKS Stomil Olsztyn obawiamy się uczestnictwa w rewanżowym meczu barażowym z Górnikiem Polkowice. Powodem tej obawy są telefoniczne groźby pod adresem naszych rodzin. Dnia 20.06.2001 (środa – red.) przed meczem barażowym z wyżej wymienionym zespołem nasze rodziny otrzymały telefony z pogróżkami. W związku z tym chcieliśmy poinformować wszystkich z jakimi problemami musimy się borykać i jaką presję wywiera na nas ta niecodzienna sytuacja.

Z poważaniem (podpisy): Andrzej Biedrzycki, Paweł Holc, Tomasz Lenart

Autor artykułu: zib