Archive for August, 2003

Mowlik i Tyrajski zostaną?

Thursday, August 28th, 2003

Krzysztof Gajtkowski był wczoraj w Poznaniu. Ale tylko po to, by oddać swój sprzęt i wyprowadzić się z wynajmowanego przez klub mieszkania. Towarzyszyli mu koledzy z Katowic. Michał Goliński jest już w Łodzi. Działacze Lecha porozumieli się z Widzewem w sprawie warunków jego wypożyczenia, piłkarz też uz- godnił warunki swojego indywidualnego kontraktu, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zagrał już w najbliższą sobotę w barwach RTS przeciwko Górnikowi Łęczna.

Natomiast Mariusz Mowlik i Norbert Tyrajski trenowali wczoraj normalnie z zespołem.

Mowlik zdradził nam, że nie chce opuszczać poznańskiego klubu. Spróbuje powalczyć o miejsce w podstawowym składzie. Uważa, że ciągłe przeprowadzki nie służą mu najlepiej. Wypożyczenie do warszawskiej Polonii miało swoje dobre strony, ale również sporo minusów.
Po południu Mowlik otrzymał wiadomość od swojego menedżera. Jarosław Kołakowski szuka dla niego klubu za granicą. Być może gra na zachodzie będzie dla młodzieżowego reprezentanta Polski wystarczającym magnesem do zmiany klimatu.

Do wyjazdu do Niemiec szykuje się Norbert Tyrajski. Dziś ma sie wyjasnić, czy Energie Cottbus gotowe jest wyłożyć ok. 100 tys. euro, bo tyle za swojego bramkarza żądają działacze Lecha. Gdyby transfer doszedł do skutku, Kolejorz najprawdopodobniej zaangażuje Jarosława Stróżyńskiego, któremu skończył się kontrakt z wroniecką Amiką.
Letnie okno transferowe zostaje zamknięte 31 sierpnia. Czasu na roszady w składach pozostaje więc niewiele.

Autor artykułu:

Zapytaliśmy Piotra Świerczewskiego

Thursday, August 28th, 2003

Dla kibiców Lecha konfrontacje
z Legią mają szczególne znaczenie. Czy dla pana to normalny ligowy mecz o 3 punkty, czy też pojedynek z ,,podtekstami’’?

- Oczywiście z ,,podtekstami’’ i nie chodzi tu tylko o to, że Legia nie chciała mnie zatrudnić. W warszawie zawsze miałem złą prasę, więc chcę udowodnić, że za szybko mnie skreślono i jako piłkarza,
i jako reprezentanta Polski. Zdaję sobie sprawę, że każda moja słabość będzie natychmiast dostrzeżona i odpowiednio skomentowana. Ale jeśli ktoś myśli, że ,,pękam’’ to się myli. Stać nas w Warszawie na zwycięstwo i jedziemy tam po to, by wygrać.

Mieszka pan na razie w hotelu, więc z pewnością nie można powiedzieć, że dobrze już pan czuje się w Poznaniu. Czy i kiedy zamierza pan sprowadzic tutaj rodzinę?

- Już w przyszłym tygodniu. Liga ma przerwę, więc będzie trochę czasu na przeprowadzkę.

Do mieszkania po Krzysztofie Gajtkowskim?

- Nie. Chcę wynająć coś większego. Zastanawiam się też czy nie kupić tutaj domu. Jeśli coś ładnego uda mi się znaleźć, to długo nie będę się namyślał.

Autor artykułu:

Szczęście z probówki

Thursday, August 28th, 2003

Prawie dziesięć lat bezskutecznie czekali na dziecko. Teraz, gdy ich Marysia ma
trzy miesiące, rodzice nadal nie kryją, że zawdzięczają jej narodziny zapłodnieniu in vitro. Ten fakt stał się powodem odmowy chrztu w jednej parafii. Ochrzczono więc w sąsiedniej.

Wioletta i Marcin Wróblewscy z Rakoniewic (woj. wielkopolskie) są dzisiaj najszczęśliwszymi rodzicami na świecie. Spełniło się ich marzenie – trzymiesięczny bobas, śliczna i zdrowa Marysia jest ich dzieckiem. Nie chcą robić tajemnicy z tego, że jej przyjście na świat było możliwe dzięki pozaustrojowemu zapłodnieniu: -Takie małżeństwa jak my, które latami walczą o dziecko, muszą wiedzieć, że nie ma w tym nic nagannego – mówi Marcin Wróblewski, tata niemowlęcia.

Monachijska pomoc

- Zjeździliśmy całą Polskę, przeszłam wiele prób i kiedy już traciłam nadzieję, że zostanę matką, niespodziewanie dla mnie trafiłam do niemieckiej kliniki w Monachium – opowiada pani Wioletta, która brak dziecka tak źle znosiła, że bliska załamania, zaczęła szukać pomocy u psychiatry. Lekarz nie miał jednak wątpliwości, że w jej przypadku nie są potrzebne leki, lecz dziecko. Przypadek sprawił, że razem z mężem pojechała na uroczystość I Komunii św. do Niemiec: – Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że kuzynka, która wyszła tam za mąż, jest po testach i czeka na wyniki po in vitro. Kiedy potem zatelefonowała do Polski i pochwaliła się, że jest w ciąży , małżonkowie z Rakoniewic wiedzieli, co mają robić. Natychmiast wybrali się w podróż, która miała się okazać tak dla nich szczęśliwa.

- Nie spodziewałam się, że zastanę tam kobiety z całego świata i wszystkich chyba religii. Były muzułmanki arabskiego pochodzenia, Azjatki, czarne Afrykanki. Kobiety w ludowych strojach, w turbanach na głowie i zakryte czadorami. To mi dodało ogromnej otuchy i wiary – opowiada mama Marysi.

Modlitwa w kościółku

Wioletta Wróblewska nie pamięta, jak przyjęła wiadomość w klinice, że będzie matką. Wcześniej odwiedziła maleńki kościółek, w którym gorąco modliła się do Matki Boskiej, opiekunki takich jak ona oczekujących macierzyństwa. Zaprowadziła ją tam kuzynka, której modlitwa została wysłuchana. Przychodziły tam także inne pacjentki monachijskiej kliniki i przyjeżdżały kobiety z całych Niemiec: – O godz. 14 miały być wyniki, zgłosiliśmy się razem z mężem… Czy skakała z radości? Z początku nie docierały do niej słowa, jeszcze nie wierzyła, była ostrożna. Dopiero po kilku minutach, już przed klinicznym budynkiem, zaczęła krzyczeć i tańczyć.

Zanim dojechali do Rakoniewic, wiedziała już cała rodzina,
znajomi, sąsiedzi: – W Rakoniewicach mieszka 2,5 tys. mieszkańców i wszyscy już na początku byli poinformowani o naszym szczęśliwym wydarzeniu – mówi Marcin Wróblewski, który w przeciwieństwie do większości polskich małżeństw uszczęśliwionych przez ,,dziecko z probówki”, ani przez chwilę nie ukrywał tego faktu.

Mała aparatka

Marysia, „klopsik” o wadze 3400 g, przyszła na świat w poznańskiej Klinice przy ul Polnej.

- Bardzo jestem zadowolona z warunków i opieki, jaka mnie tam spotkała – ocenia dzisiaj mama, którą do samego końca wspierał i pocieszał (wszystko będzie dobrze!) dr Wiesław Markwitz.

Rodzice nie chcą dzisiaj wspominać nieprzyjemnej rozmowy z księdzem, który odradzał sam zabieg, a potem nie chciał zaakceptować istnienia Marysi. Maria Magdalena została więc ochrzczona w sąsiednim wielichowskim kościele św. Marii Magdaleny. Dlatego dla rodziców największym urodzinowym świętem jest dzień Wniebowzięcia NMP, bo to był dzień zabiegu. Udanego zabiegu.

- Jesteśmy wierzącym, katolickim i kochającym się małżeństwem, ale dopiero teraz wiemy, jak powinien wyglądać prawdziwy związek – zapewniają obydwoje, ale i bez tych zapewnień widać, jak bardzo obydwoje są zakochani w Marysi. – Mała aparatka, wszystko zaczyna ją interesować – chwali córkę tata. Dziecko wygląda jak z filmu reklamującego naturalne karmienie. Nie grymasi, kwili tylko wtedy, gdy jest głodne.

- Wszystko, co teraz chcę pamiętać, to cudowny sen, z którego się budzę i widzę obok siebie Marysię – powtarza mama, która znalazła sens macierzyństwa. – Marysia będzie miała rodzeństwo, nie chcemy, żeby była jedynaczką.

Przyjedzie z wizytą


Właściciel kliniki monachijskiej, w której Wioletta Wróblewska była pierwszą Wielkopolanką, chce odwiedzić poznańską Klinikę Niepłodności i Endokrynologii Rozrodu. Mamy zapewnienie, że poznańscy specjaliści (mieszkanka Rakoniewic nie była ich pacjentką) chętnie przyjmą niemieckiego gościa.

Nie będzie głosowania

Wszystko na to wskazuje, że na skutek protestów w mediach nie będzie głosowania nad paragrafem, który metodę in vitro wykreśliłby z polskich klinik. Na skutek protestów w mediach kongres medyków zapowiedziany na wrzesień prawdopodobnie skreśli ten punkt. Posłanka Izabela Jaruga-Nowacka zapowiada, że będzie dopominała się o uznanie in vitro za metodę leczącą bezpłodność. Wtedy zostałaby objęta ubezpieczeniem zdrowotnym

prof. Leszek
Pawelczyk
kierownik Kliniki Niepłodności i Endokrynologii Rozrodu AM w Poznaniu

Bardzo dobrze, że są tacy rodzice, jak państwo Wróblewscy, bo dzięki nim łatwiejsza staje się walka o uznanie in vitro za metodę leczącą bezpłodność. Tylko wtedy leczenie będzie dostępne również małżeństwom mniej zamożnym, których dzisiaj na to nie stać. W wielu innych krajach ubezpieczalnie w całości, bądź w części pokrywają koszty zabiegu. U nas za wszystko płacą rodzice.

Autor artykułu: Danuta PAWLICKA

Bal nie dla chłopa

Tuesday, August 19th, 2003

Część gmin i powiatów Wielkopolski rezygnuje z organizowania tegorocznych dożynek. Te na szczeblu wojewódzkim odbędą się w Gostyniu, stolicy powiatu w którym protesty rolników brzmiały w tym roku najgłośniej.

Zbliżające się dożynki wojewódzkie mogą się okazać trudnym doświadczeniem dla marszałka Wielkopolski. Zamiast wdzięczności rolnicy mogą okazać sporą niechęć. Nad przygotowaniem Święta Plonów czuwają Urząd Marszałkowski w Poznaniu, Starostwo Powiatowe oraz Urząd Miejski w Gostyniu. Uroczystość rozpocznie się 31 sierpnia w sanktuarium maryjnym na Świętej Górze, skąd uczestnicy korowodem przejdą przez miasto na stadion. Tam zgromadzeni będą mogli obejrzeć wyreżyserowany przez Romana Matysiaka obrzęd dożynkowy oraz występy zespołów ludowych i tanecznych. Każdy z samorządów partycypuje w kosztach zorganizowania obchodów. Na uroczystości zostaną zaproszeni przedstawiciele rządu, parlamentarzyści i inni oficjalni goście.

Polityk hipokryta

Wiadomość o organizowaniu wojewódzkich dożynek w Gostyniu budzi mieszane uczucia wśród mieszkańców. Szczególnie krytycznie do takiego przedsięwzięcia podchodzą rolnicy. Wielu z nich jest wręcz oburzonych, iż w tak trudnym dla nich okresie – susza, kłopoty z opłacalnością produkcji, rosnące koszty prowadzenia gospodarstw, samorządy porywają się na organizowanie tego typu przedstawień. – Zdecydowana większość rolników nie oczekuje od władzy świętowania – zauważa Antoni Grzebisz z Bodzewa. – Tak się składa, że te dożynki zbiegają się w czasie z kolejnymi wyrokami sądowymi dla rolników, którzy brali udział w tegorocznych protestach. Wtedy władza miała możliwość wykazania się swoim otwarciem i pomocą dla wsi. Uważam, że takie dostawianie się do tradycyjnego rolniczego święta przez urzędników i polityków jest hipokryzją.

Pójdziemy za kratki

Blokady dróg, które w tym roku rozpoczęły się w lutym, na terenie powiatu gostyńskiego trwały prawie dwa miesiące i należały do największych w kraju. Przed sądem odbyło się już kilka rozpraw, w wyniku których uczestnicy muszą zapłacić grzywny w wysokości od 400 do 650 zł. Tuż po ogłoszeniu wyroków, rolnicy zapowiadali, iż będą się od nich odwoływać. Teraz zmienili zdanie. – Złożymy wnioski o zamianę grzywien na areszt. Nie będziemy płacić, chcemy odpracować wyroki – informuje Kazimierz Kulczak z Brzezia, wchodzący w skład Międzyzwiązkowego Komitetu Protestacyjnego, który organizował blokady na terenie powiatu gostyńskiego. Kulczak jest również bardzo krytyczny wobec idei organizowania spektakularnych widowisk dożynkowych. – Tam rolników nie będzie. Panowie zrobią sobie dożynki. Oni nie mają sumienia. Doprowadzili wszystko do ruiny i robią jeszcze bale za nasze pieniądze – mówi rolnik.

Słowa dla poklasku

Wszystkie trzy samorządy bardzo wstrzemięźliwie mówią o kosztach związanych z tegorocznymi dożynkami. Krystyna Czajka, rzecznik prasowy marszałka poinformowała, że na uroczystości w Gostyniu zostanie przeznaczonych około 20 tys. zł. Podobne pieniądze na ten cel zamierza wydać gmina Gostyń, zaś Starostwo Powiatowe, które w przeddzień dożynek będzie organizowało Dzień Powiatu, ma na te dwie imprezy zarezerwowane 40 tys. zł. Oba gostyńskie samorządy liczą natomiast na promocję miasta i powiatu związaną z zainteresowaniem miejscowością, w której odbędzie się Święto Plonów. W to także nie wierzą rolnicy. – Ludzie przyjadą i odjadą. Kto pamięta, gdzie w ubiegłym roku organizowano dożynki? – pytają.

- Rolnika widzi się tylko przy okazji świąt, uroczystości. Wtedy są wielkie słowa, obietnice. Uroczystość się kończy i notable o wszystkim zapominają. – mówi Roman Danek z Posadowa.

Starosta i bieda

Tak krytyczne poglądy częściowo podziela także Leszek Seraszek z Głuchowa, który wraz z Elwirą Danek z Rokosowa będą pełnili zaszczytne funkcje starosty i starościny dożynek. – Nie dziwię się takim wypowiedziom. Tak się teraz dzieje, że z jednej strony wielkie uroczystości, a z drugiej wielka bieda wkracza i o niej na trybunach się nie mówi – zauważa Seraszek. Idei dożynek wojewódzkich broni rzecznik marszałka. – Ten rok jest faktycznie bardzo trudny dla rolników, ale dożynki są ważną tradycją i czy rzeczywiście mamy zrezygnować z czegoś, co jest hołdem złożonym właśnie rolnikom? – pyta Krystyna Czajka.

Autor artykułu: Karolina STERNAL

Porażka Urbana

Tuesday, August 19th, 2003

Przegrana Filipa Urbana w I rundzie turnieju tenisowego Talex Open 2003 (pula nagród 10 tys. USD), rozgrywanego na kortach poznańskiego AZS, to największa niespodzianka pierwszego dnia imprezy. Wczoraj Urban przegrał w dwóch setach z Jakubem Nijakim 6:7 (4-6), 3:6. Kiedy w pierwszym secie Urban prowadził 5:4, wydawało się, że może wygrać. Nijaki zaimponował jednak konsekwencją w grze, szczególnie do linii końcowej i niespodzianka stała się faktem.

Nadzwyczaj konsekwentnie grał wczoraj także Jędrzej Żarski, który po trzysetowaej walce zwyciężył Niemca Sebastiana Schlutera 3:6, 6:0, 6:1.

Bardzo dobrze zaprezentował się w pierwszym dniu Michał Przysiężny, który pokonał Michała Gawłowskiego 6:2, 6:2. Po poważnej kontuzji kolana Przysiężny zagrał rzeczywiście znakomicie i jak sam przyznał, był to jego jeden z najlepszych występów w karierze.

Inne poniedziałkowe wyniki: K. Triska (Czechy) – M. Gołąb 6:3, 5:7, 7:5, M. Kostecki – A. Grusiecki 6:3, 3:6, 6:3, D. Novak (Czechy) – Ł. Pelowski 7:5, 7:6 (12-10).

Dzisiaj kolejne spotkania I rundy singla i pojedynki deblowe.

Autor artykułu: JAC

Wygnaniec miał bullę

Monday, August 18th, 2003

Książęca bulla, która stała się w Polsce archeologiczną rewelacją ostatnich miesięcy,
ma już określoną datę pochodzenia.

Odkrycie metalowej pieczęci zelektryzowało środowisko archeologów w całej Polsce. Zrewolucjonizowało postrzeganie historii polskiego dokumentu. Nie ma w polskich muzeach drugiego takiego zabytku. – Bulla kojarzona z osobami papieży tym razem wydana została przez księcia – mówi Mirosław Andrałojć. – To bardzo niezwykłe i rzadkie wydarzenie. Tak rzadkie, że w historii znamy np. bullę Ottona III wydaną z okazji Zjazdu w Gnieźnie. Znamy i inne. Zawsze wydawane w specjalnych, ważnych okolicznościach.

Bez wątpliwości

Nie ma już wątpliwości co do wyglądu samego zabytku. Po konserwacji metalowa pieczęć przedstawia z jednej strony osobę świętego Wojciecha, zaś z drugiej księcia polskiego, którym mógł być albo Władysław, albo Bolesław. Piszemy albo, bowiem pieczęć jest przełamana i część napisu została urwana.

- To najstarsza lub jedna z dwóch najstarszych polskich pieczęci – mówi Małgorzata Andrałojć.
Może na to wskazywać fakt odkrycia w miejscu, w którym wydobyto pieczęć monety Władysława Wygnańca, datowanej na lata 1140-1142.

- To ślad, dzięki któremu możemy w przybliżeniu określić datę powstania bulli i jej autora – dodaje Mirosław Andrałojć. – Zagadek mamy jednak znacznie więcej. Cześć z nich wyjaśni być może badanie pieczęci ultradźwiękami. Dzięki nim rysunek i detale, które umknęły uwadze ujrzą światło dzienne. Jeszcze we wrześniu bulla powinna być eksponowana na specjalnym pokazie w poznańskiego Muzeum Archeologicznego, które stało się właścicielem tego zabytku.

Badania na wzgórzu

To nie koniec zagadek, które badają poszukiwacze na wzgórzu przy drodze z Kiszkowa do Lednicy. Specjalny zespół poszukiwawczy liczy na odkrycie jednego z największych skarbów w Polsce. Dziś wiadomo, że jego część znajduje się w British Museum i w Muzeum Królewskim w Sztokholmie. Chodzi o brakteaty – bite jednostronnie monety z XII wieku.

- Część skarbu z pewnością jeszcze tu jest – uważa M. Andrałojć – Mamy już wytypowane miejsce poszukiwań.
Pierwszy raz o srebrnym skarbie, składającym się z tysięcy monet, usłyszano w 1872 roku. Wtedy to pewien rolnik w trakcie orki odkrył rozbite naczynia ze skarbem. Bardzo szybko jego część trafiła do muzeów w Wielkiej Brytanii i Szwecji. O skarbie mówiono i pisano. Od tego czasu na miejsce odkrycia podążyło pięć ekspedycji. Mimo to zespół Mirosława Andrałojcia uważa, że jest jeszcze sporo do odkrycia.

- Brakteaty pojawiły się na rynku monetarnym w XII wieku – mówi M. Andrałojć. – Ówcześni władcy bardzo często zmieniali wartość monet i same monety bijąc je tylko z jednej strony. Doprowadzało to do sporego zamieszania. Niestety, podobnie jak z bullą tak i w przypadku skarbu – nie jest jasne jak się tu znalazły.

Odpowiedź w osadzie

Być może odpowiedź na te pytania będzie możliwa po eksploracji tajemniczej osady z XII wieku. Nie ma o niej żadnych źródeł pisanych. Z wydobywanych na wzgórzu naczyń i ozdób wynika jednak, że było to ważne miejsce na piastowskim szlaku. Osada przestała istnieć w połowie XII wieku, stąd też dziwią spore ilości ołowiu odnajdywane po latach.

- Jedną z tez, o jakie chcielibyśmy się pokusić, jest ta dotycząca pobytu na tym terenie Szwedów – mówi M. Andrałojć. – W XVII wieku obozowali w okolicach dawnej osady. Żołnierze sami musieli odlewać sobie kule do muszkietów. Może bulla była jednym ze skradzionych zabytków przeznaczonych na kule? Może. Dlaczego jednak w tym miejscu znalazł się jeden z pokaźniejszych skarbów, tego nie wiemy. Jak uda nam się go odkopać, będziemy wiedzieć więcej. Co dla nas bardzo ważne, znaleźliśmy sponsora na dalsze badania. Jest nim Kompania Piwowarska. To sprawia, że możemy spokojnie szukać.
A jest co odkrywać. Jak wynika z rejestru skarbów, wykonanego przez poszukiwaczy, na terenie Polski można się spodziewać wtórnego odkrycia około 5 tysięcy skarbów.

- My wyznaczyliśmy sobie jeden skarb rocznie do odkrycia – śmieje się M. Andrałojć.

Autor artykułu: Krzysztof SMURA

Do czego wrócił Kaczmarek

Friday, August 8th, 2003

Wojciech Szczęsny Kaczmarek, po powrocie z Paryża, gdzie był konsulem generalnym RP, na dobre osiadł w Poznaniu.
Zapytaliśmy byłego prezydenta stolicy Wielkopolski jak ocenia zmiany
i wydarzenia, jakie zaszły w mieście w ostatnim czasie.

Tworzył samorządność w Poznaniu i w Polsce, przez dwie kadencje rządził miastem i prezesował Związkowi Miast Polskich. Potem pełnił urząd konsula generalnego RP w Paryżu, z przerwą na kampanię wyborczą, gdyż znów chciał być prezydentem Poznania. Choć dotarł do drugiej tury, uzyskując bardzo dobry wynik, ostatecznie przegrał z popularniejszym w mieście Ryszardem Grobelnym, swoim byłym podwładnym. Teraz na dobre wrócił do swego miasta.

Wojciech Szczęsny Kaczmarek mówi, że po powrocie w Poznaniu uderzyły go dwa zjawiska. Nastąpiło zdecydowane upartyjnienie samorządu. A centralizm państwowy w zarządzaniu, który widoczny był już wcześniej, posunął się jeszcze dalej.

– Jest to charakterystyczne dla całego kraju – twierdzi były prezydent Poznania.
Teraz kontynuuje zajęcie sprzed wyjazdu do Francji. Jest ekspertem w PKO BP.
– Zajmuję się samorządami w całym województwie, m.in. problemem przygotowań do pozyskania pomocy unijnej – mówi.

Niezręcznie mu oceniać stopień przygotowania Poznania. Mówi tylko, że niezbędne jest umieszczenie zadań z programu strategicznego rozwoju miasta w programie wykorzystania funduszy unijnych.

Z poznańskim samorządem i z urzędnikami ciągle ma kontakty. Uderzyła go duża zmiana atmosfery w Urzędzie Miasta. Urzędnicy są nie tylko przestraszeni i pełni niepokoju o przyszłość, ale na dodatek zostali zatomizowani.
– Występuje izolacja, ludzie czują się osamotnieni. Działają na własną rękę, a trudno dobrze zarządzać, gdy urzędnicy ze sobą nie współpracują. Samo formalne dotrzymywanie terminów to jeszcze nie wszystko – podkreśla Wojciech S. Kaczmarek.

Zauważył też marazm panujący w magistracie.
– Gdzieś przepadła dawna atmosfera. Przypominam sobie awantury w Radzie Miasta – zawsze coś się działo, o coś chodziło, ale nie o to, by sobie coś prywatnie załatwić. Poznań ostatnio przypomina mi spokojne miasta, które widziałem za granicą. Tam jednak wszystko jest już poukładane, a my mamy jeszcze mnóstwo do zrobienia – mówi.

Miasto ma się rozwijać jako ośrodek konferencyjny, ale dysponuje tylko jedną salą (na Targach) z prawdziwego zdarzenia. Kuleje komunikacja tramwajowa, a same autobusy transportu poznaniakom i gościom nie zapewnią.

Na tle zagranicznych miast Poznań, zdaniem prezydenta, nie wygląda źle. Dystans do miast niemieckich jest duży, ale wobec francuskich kompleksów mieć nie musimy. Obiekty i infrastruktura, które powinno mieć nowoczesne miasto, szybsze linie komunikacyjne, nowoczesny stadion, hala widowiskowa – trzeba zbudować, ale w odpowiedniej kolejności.

Rozmowa z Wojciechem Szczęsnym Kaczmarkiem

Gdy przebywał pan za granicą głośno było o poznańskich aferach. Najpierw o arcybiskupie Paetzu, potem o Kroloppie. Nie było panu przykro, że pańskie miasto zyskuje złą sławę?

– Pracując w Paryżu zapewniłem sobie dostęp do szczegółowych informacji z kraju i z Poznania, byłem wtajemniczony. Tych afer nie było wiele. Podchodziłem do nich ostrożnie. Nie zawsze to, co się pisze odpowiada prawdzie. Trudno się zresztą spodziewać, że rozmaite brzydkie rzeczy dziejące się w całym kraju ominą Poznań. Twierdzę, że afery arcybiskupa Paetza i Kroloppa to wydarzenia jednostkowe. Nie można na ich podstawie oceniać miasta, czy regionu.

Tych afer było trochę więcej. Ostatnio opinię publiczną bulwersuje sprawa sprzedaży gruntu w śródmieściu państwu Kulczykom.

– Muszę przyznać, że ta transakcja mnie zdziwiła. Nie wiem, czy gdybym pełnił urząd, do tego by nie doszło. Musiały chyba być ważne argumenty na rzecz zrobienia tego interesu.
Wypowiada się pan na ten temat wyjątkowo powściągliwie…
– Coś na ten temat wiem. Boję się tylko, że sprawa skończy się sprzedażą całej nieruchomości innej osobie, wcale nie związanej z Poznaniem. W biznesie nie jest tak, że kupuje się nieruchomość na całe życie. Ustalenia zawarte podczas pierwszej transakcji stracą ważność, gdy pojawi się nowy właściciel.

Wczorajsza „Gazeta Wyborcza” pisała o osobach, które wprowadził pan do samorządu, a które nie złożyły wymaganych oświadczeń majątkowych. Jak należy określić ich postępowanie?

– Normalnie – jako próbę zatajenia swoich dochodów. Jestem złego zdania o tzw. ustawie antykorupcyjnej. Nic ona nie poprawi i jest dla składających oświadczenia niebezpieczna. Skoro jednak prawo obowiązuje, to należy go przestrzegać.

Podobały się panu obchody 750-lecia lokacji Poznania?

– Obchody były takie, jakby jubileuszu nie było. Wielkim wydarzeniem był z pewnością koncert Petera Gabriela. O nim dużo się mówiło, tyle że nie w kontekście jubileuszu miasta. Podobne wydarzenie można było zorganizować w każdym miejscu. Innych akcentów jubileuszu nie było.

A Wielka Parada Lokacyjna?

– No dobra, była Parada. Ale równie dobrze mogła być Parada Świętomarcińska, organizowana co rok. Może się mylę, ale chyba po tej rocznicy nic w mieście nie zostanie.

Nie zapominajmy o rzeźbach Magdaleny Abakanowicz.

– A one mają związek z jubileuszem? Skoro tak, to coś jednak zostanie. Gratulowałem prezydentowi tych rzeźb.

Gdy rządził pan miastem zapowiadało się, że nasze Targi, które udało się ocalić przed zawłaszczeniem przez Warszawę, mają świetlaną przyszłość. Tymczasem jest z nimi coraz gorzej.

– Mają takie trudności, jak wszystkie targi na całym świecie. To nie jest poznańskie zjawisko. Konieczne jest przemodelowanie programu działania, bo system marketingu z wykorzystaniem targów dobiega kresu. Istnieją znacznie tańsze możliwości uzyskania tego efektu. Nie obejdzie się bez zmiany formuły wystawiennictwa.

Elżbieta Penderecka, skłócona z krakowskim samorządem, grozi wyniesieniem stamtąd kulturalnych przedsięwzięć. Czy Poznań powinien skorzystać z okazji i złożyć ofertę żonie wybitnego kompozytora?

– Poznaniowi potrzebne są ważne wydarzenia kulturalne. Nie tylko organizowane przez panią Penderecką. Trzeba korzystać z każdej okazji.

Wrocław promuje się zapraszając znanych ludzi kultury, oferując im mieszkania. Czy nie warto postąpić podobnie?

– To bardzo poważny problem. Nosiłem się z takim zamiarem przez osiem lat, ale nie miałem odwagi na realizację. Na polu kultury, nauki Poznań jest miastem zamkniętym.
Potrzebujemy fachowców z różnych dziedzin. Takiego człowieka trzeba ściągnąć oferując mu mieszkanie. Ale jest długa lista oczekujących na mieszkania komunalne. Dlaczego ktoś ma być ważniejszy niż poznaniak od lat czekający na przydział mieszkania? Ale jeśli się takich działań nie podejmie, miasto się nie otworzy.

Rozmawiał Józef DJACZENKO

Autor artykułu: Józef Djaczenko

Nikt nas tu nie ruszy

Friday, August 8th, 2003

Wokół giełdy samochodowej w Przeźmierowie zrobiła się w ostatnich dniach wielka „burza”. Tymczasem handlujący tam śmieją się mówiąc, że nikt nie jest w stanie im zaszkodzić.

Wczoraj na giełdzie wszystko było po staremu. Nic się nie zmieniło. Ponad półtora tysiąca handlarzy sprzedawało jak zwykle wszystko, co tylko można w samochodach zamontować i wymontować. Setki radioodtwarzaczy, tysiące kołpaków i innych samochodowych części rozłożonych na kocach i kartonach.

Handlarze sobie…

Chyba nikt nie przejął się artykułem w Gazecie Poznańskiej, w którym opisaliśmy schemat pozyskiwania i sprzedawania w Przeźmierowie kradzionych części samochodowych. Porozmawialiśmy na ten temat z jednym z handlarzy (nie wiedział, że rozmawia z dziennikarzem GP). – Słyszałem o tym tekściku. To i tak nic nie zmieni. Nikt nas tu nie ruszy – stwierdził. – Niech sobie gryzipiury o tym piszą. Też muszą z czegoś żyć. Nas na pewno stąd nie wyrzucą. Za dużo osób na tym zarabia.

Podszyliśmy się także pod klienta, by złożyć zamówienie u pierwszego z brzegu sprzedawcy. Spytaliśmy czy może sprzedać lusterka do skody fabii.

A handlarze sobie

- No nie mam – usłyszeliśmy od sprzedawcy. Mężczyzna szybko podjął decyzję: – Dzisiaj nie mam, ale jutro mogę mieć. Jakie potrzebujesz? Handlarz, z wyglądu około 30-35 lat, wymienił przynajmniej dziesięć różnych kolorów. – Mówisz i masz. Tylko powiedz jakie, a za tydzień będą na ciebie czekać.

Kiedy powiedzieliśmy, że pójdziemy w takim razie zapytać o lusterka innych sprzedawców, nakręcił się jeszcze bardziej i zaproponował promocyjną ofertę. – Nigdzie nie idź. Zaraz zapiszę sobie twoje lusterka i na następnej giełdzie już będę je miał. Sprzedam ci je taniej niż inni – namawiał sprzedawca.

Nocny patrol

Rozmawialiśmy z funkcjonariuszami Sekcji Zabezpieczania Miasta Komendy Miejskiej Policji w Poznaniu, którzy patrolowali w nocy ze środy na czwartek okolice Starego Rynku w Poznaniu. Policjanci, zastrzegając sobie pełną anonimowość, opowiedzieli nam o interwencjach, jakie podejmowali tej nocy.

Od godz. 22.00 w środę, do 6.00 w czwartek interweniowali w sumie 17 razy. Patrol kilkakrotnie sprawdzał miejsca, w których najczęściej w nocy ze środy na czwartek kradzione są samochody. Między godz. 2.00 a 2.30 funkcjonariusze patrolowali parkingi przy ul. Strzeleckiej i Podgórnej. Godzinę później sprawdzali auta zaparkowane przy ul. Rybaki i Krakowskiej. O godz. 4.30 policjanci pojawili się na parkingach przy placu Wolności.

- Sprawdzaliśmy przede wszystkim to, czy przy samochodach nie kręcą się podejrzane osoby – opowiada funkcjonariusz. – Dochodziliśmy do aut i sprawdzaliśmy czy są właściwie zabezpieczone i czy na siedzeniach nie leżą wartościowe przedmioty. Kiedy stwierdzaliśmy, że na widoku leży jakaś wartościowa rzecz bądź, że samochód jest niewłaściwie zabezpieczony, to docieraliśmy po numerach rejestracyjnych jego właściciela, prosząc by właściwie zabezpieczył auto.

Rozmowa z Wojciechem Janczewskim
radnym gminy Tarnowo Podgórne

Jak ocenia pan działalność giełdy części zamiennych w Przeźmierowie?

- Następuje stopniowa poprawa. Zniknęły osoby uprawiające gry hazardowe. Giełdę opuścili nie posiadający pozwolenia na handel.

Dyrektor Automobilklubu apelowała do Tarnowa Podgórne o współfinansowanie zakupu kamer. Czy radni rozmawiali o tym?

- Nie rozmawialiśmy o tym.

W Luboniu policjanci znaleźli dziuplę samochodową. Zatrzymani posiadali stoiska w Przeźmierowie. Czy nie zlikwidować giełdę?

- We Wrocławiu zamknięto giełdę samochodową. Części kradzione zaczęły pojawiać się w warsztatach samochodowych i komisach w miejscowościach wokół Wrocławia..

Co ma gmina Tarnowo Podgórne z funkcjonowania giełdy?

- W dobrych latach około dwóch milionów złotych.

Rozmowa z Kazimierzem Marchlewskim
wójtem gminy Tarnowo Podgórne

Co musi się zmienić, by z giełdy zniknęły części kradzione?

- Nie jestem za przywróceniem państwa policyjnego, ale potrzeba więcej kontroli. Nie może być tak, że handlowiec z Zachodniopomorskiego nie może być kontrolowany przez pracowników z wielkopolskich urzędów skarbowych. Skoro kasę fiskalną może mieć taksówkarz, musi ja mieć i handlowiec z giełdy części zamiennych.

Rozmawiał: Robert DOMŻAŁ

Opinie czytelników po naszych publikacjach

NIE DLA GIEŁDY! Giełda samochodowa powinna być zamknięta i to natychmiast! To największe zalegalizowane złodziejstwo i bandytyzm na terenie Wielkopolski. Tylko kto tym się zajmie?! Policja unika tego problemu jak zarazy. Rządzi mafia i wszystko gra. Ale czas skończyć z tym bagnem!
A. G., Poznań

TYLKO SAMOCHODY. Na giełdzie powinny być sprzedawane tylko używane samochody, ale na pewno nie części do nich. Trudniej sprzedać kradzione auto, z częściami nie ma żadnego problemu. Jakie to ,,popularne’’, wiedzą dobrze mieszkańcy dużych osiedli. Czasem przez jedną noc okradanych jest kilka aut tej samej marki – bo akurat jest zapotrzebowanie na takie części. Wszyscy wiemy o tym od lat. I cierpimy w milczeniu.
Magdalena S., Poznań

POJAWIA SIĘ I ZNIKA… Giełda to taki temat, który raz po raz pojawia się i znika. I nic się dalej nie dzieje. Mam nadzieję, że tym razem będzie jednak inaczej. Nie chciałbym byśmy znowu sobie trochę pogadali, ponarzekali i podenerwowali się, a potem znów na wiele miesięcy zalegnie cisza. Sprawę trzeba doprowadzić do jakiegokolwiek racjonalnego finału!
Jacek K., Pobiedziska

UTOPIA. Ukradli mi lusterko, czy koło zapasowe – odkupię sobie na giełdzie część ukradzioną komuś innemu. Kółko się zamyka. Gdyby nie było klientów, nie byłoby złodziei i paserów. Ale to utopia!
Marek Cz. , Przeźmierowo

ROZWIĄZANIE? Czas zlikwidować giełdę i koniec. Używane samochody można będzie kupić z ogłoszenia lub w komisach samochodowych. Tylko kto będzie kontrolował te ostatnie? Czy poprzez nie proceder znów nie odżyje, tyle, że rozdrobniony? Polak przecież potrafi i zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie! B. B., Luboń

Autor artykułu: ROG

Pogoń za Europą ważniejsza niż mistrzostwo Polski

Friday, August 8th, 2003

Rozmowa z prezesem Groclinu Grodzisk, Zbigniewem Drzymałą

Panie prezesie, zespołu nie opuścił żaden kluczowy zawodnik, uzupełniliście braki na pozycjach wymagających wzmocnień. Tymczasem najgroźniejszy rywal Wisła Kraków doznał poważnych ubytków. Czy myśli pan o tytule mistrza Polski w tym sezonie?

- Zespół musi przede wszystkim grać w innym stylu niż dotychczas. Wolę mieć drużynę, która będzie potrafiła stawić czoła zespołom z Europy niż zdobyć mistrzostwo. Nie oszukujmy się. Nasza liga jest słaba medialnie, nikt nie szanuje naszych zespołów. Co z tego, że dobrze radzimy sobie w lidze, skoro kiedy gramy sparingi z zespołami z Czech czy Słowacji przegrywamy kilkoma bramkami. To nie jest tylko problem Groclinu. Wychodzi to potem w rozgrywkach pucharowych, gdzie nasze zespoły kończą rywalizację przeważnie na pierwszej rundzie. Chcę by mój zespół rozwijał się piłkarsko. Doszedłem do wniosku, że bez zmiany stylu gry, nie mamy na to szans.

I dlatego zatrudnił pan Dusana Radolsky’ego? Może trzeba było dać szansę Bogusławowi Kaczmarkowi?

- Pan Radolsky ma bardzo duże doświadczenie. To chyba logiczne, że bierze się nauczyciela z kraju, w którym zespoły grają tym stylem już od lat. Zapewniam, że była to przemyślana decyzja. Niestety naszych trenerów bardziej niż szkolenie interesują sprawy menedżerskie.

Wraz z pojawieniem się trenera Radolsky’ego trafili do drużyny Sedlacek i Mynar…

- Lecz pan Radolsky nie miał nic wspólnego z tymi transferami. Miał tylko wydać opinię czy będą przydatni do zespołu.

Zmiana stylu gry wymaga czasu. Już w pierwszym oficjalnym meczu, w pucharze Polski, przegraliście ze znacznie niżej notowaną Pogonią. Jak pan zareaguje, jeśli wyniki drużyny okażą się dużo gorsze od oczekiwań?

- Jestem człowiekiem cierpliwym. Każdy trener ma u mnie parasol ochronny. Dla mnie najważniejsze jest, że pan Radolsky poważnie i sumiennie traktuje swoje obowiązki i chce przekazać całą swoją olbrzymią wiedzę piłkarzom. Zdaję sobie sprawę, że ta zmiana może nas kosztować utratę kilku punktów w rundzie jesiennej. Podkreślam jeszcze raz, dla mnie liczy się efekt końcowy. Proszę sobie przypomnieć sytuację Wisły. Przyszedł trener Kasperczak, zmienił system gry i w pierwszym sezonie przegrał mistrzostwo. Wszyscy go krytykowali. Teraz Wisła to jedyny klub, który ma szansę coś osiągnąć w Europie. Dlatego zdecydowałem się pójść tą drogą.

Jeśli nawet będziemy mieli stratę 10 punktów do lidera to nie będzie tragedii. Przed rundą wiosenną jest dłuższa przerwa, można zagrać więcej spotkań sparingowych. Dlatego w drugiej rundzie powinniśmy być już znacznie silniejsi. Wierzę, że będziemy w stanie odrobić ten dystans i zakwalifikować się do Pucharu UEFA.

Trudno uwierzyć, że zupełnie nie będzie się pan przejmował ewentualnymi porażkami?

- Nie można z góry zakładać porażek. Groclin w każdym meczu będzie grał o zwycięstwo. W Austrii rozegraliśmy mecz z Hansą Rostock. To było najlepsze spotkanie zespołu w historii. Niemiecka prasa po remisie 2:2 napisała, że poziom meczu był wyższy niż przeciętna w Bundeslidze. Miło było to czytać. To dobry prognostyk przed ligą.

Jak udało się panu zatrzymać Marcina Zająca? Miał ponoć poważną ofertę z Grecji.

- Była tylko jedna poważna oferta i można się domyślać, że od Wisły. Uzgodniliśmy, że Marcin będzie zarabiał trochę więcej niż wynosi przeciętna w naszej lidze i trochę mniej niż w Bundeslidze.

Ile wynosi budżet grodziskiego klubu?

- 21 milionów, z tego 8 milionów przeznaczone jest na inwestycje na stadionie. Takie proporcje utrzymają się jeszcze przez 2-3 lata. Od kilku lat nie było rundy, przed którą nie moglibyśmy mówić o zmianach organizacyjnych.

Rozbudowaliśmy trybuny, zmieniliśmy ciągi komunikacyjne, zmienią się warunki pracy dziennikarzy. Staramy przygotować nasz obiekt do wymogów UEFA. Obecnie na naszym stadionie jest 5000 miejsc z czego 4000 zadaszonych. Dolecelowo pojemność ma wynosić 7000 miejsc.

Wracając jeszcze do spraw finansowych. Chciałbym zwrócić uwagę na rzecz, o której zupełnie nie mówi się w mediach. Panuje błędne przekonanie, że sport dotowany jest z budżetu. W naszym przypadku i na pewno kilku klubów piłkarskich jest zgoła odwrotnie. W ramach podatku VAT musieliśmy odprowadzić do budżetu aż 3,8 mln złotych.

Uważam, że te pieniądze powinny zostać przekazane na rozwój
sportu. Chcemy by powstały fundusze celowe, z których można by inwestować w infrastukturę bądź sport młodzieżowy. W tej sprawie będziemy silnie lobbować w Sejmie. Ale zanim problem nie zostanie nagłośniony, trudno zdobyć poparcie poważnych osób.

Autor artykułu: Rozmawiał Maciej LEHMANN

Festiwal WOODSTOCK wystartował

Saturday, August 2nd, 2003

Rozpoczął się dziewiąty już festiwal ,,Przystanek Woodstock’’. Podobnie jak w poprzednich latach organizatorzy spodziewają się około dwustu tysięcy uczestników. Pierwszego i drugiego sierpnia, po raz kolejny Żary przypominać będą tradycję amerykańskiego Woodstock i polskiego Jarocina. Nad polem przeleciał już śmigłowiec z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim.

Festiwal jest żywiołową imprezą tylko dla uczestników: organizatorzy przygotowują się do niego przez kilka miesięcy. Woodstock to około 30 zespołów muzycznych, 400 toalet, 200 pryszniców i blisko 1100 członków „Pokojowego Patrolu’’ – ochotniczej służby porządkowej.
Pogoda na razie sprzyja woodstockowej młodzieży. Piątkowy wieczór był zatem gratką dla amatorów mocniejszych brzmień. Wystąpiły „Vader’’ i poznański „Sweet Noise’’, czołówka polskich zespołów metalowych. Poza dużą rockową sceną przez cały czas trwania festiwalu funkcjonuje mniejsza scena folkowa.
Początek Przystanku Woodstock w Żarach stał się głośny z powodu „wyskoku” Jurka Owsiaka oraz wielkiej dewastacji pociągów, dowożących tam młodych ludzi. Jak powiedziała Krystyna Żmuda, kierowniczka jednego z pociągów, niektóre składy nadają się już do kasacji, a młodzież wybija w nich szyby, tnie siedzenia, maluje ściany sprayem, a drzwi i muszle klozetowe – po prostu wyrywa.
Impreza ochraniana jest przez umundurowanych i operacyjnych (po cywilnemu) policjantów z województwa lubuskiego, zachodniopomorskiego, Wielkopolski i Dolnego Śląska. Co ciekawe, naszych funkcjonariuszy wspierają stróże prawa z Niemiec, głównie z terenu Brandenburgii, którzy mają pomagać przybyłym na festiwal gościom z Niemiec. Na razie policjanci zajmują się zabezpieczaniem imprezy i wyłapywaniem handlarzy narkotyków. Poznańscy funkcjonariusze z komisariatu kolejowego i z Izby Celnej zatrzymali w czwartek i wczoraj 24 osoby przewożące niewielkie ilości substancji narkotycznych. Policjanci zanotowali też poważny wypadek drogowy – 17-letnia dziewczyna została ciężko ranna, gdy w Żarach wpadła pod autobus.

Autor artykułu: Grzegorz OKOŃSKI, Adam SKRZYPCZAK