Wojciech Szczęsny Kaczmarek, po powrocie z Paryża, gdzie był konsulem generalnym RP, na dobre osiadł w Poznaniu.
Zapytaliśmy byłego prezydenta stolicy Wielkopolski jak ocenia zmiany
i wydarzenia, jakie zaszły w mieście w ostatnim czasie.
Tworzył samorządność w Poznaniu i w Polsce, przez dwie kadencje rządził miastem i prezesował Związkowi Miast Polskich. Potem pełnił urząd konsula generalnego RP w Paryżu, z przerwą na kampanię wyborczą, gdyż znów chciał być prezydentem Poznania. Choć dotarł do drugiej tury, uzyskując bardzo dobry wynik, ostatecznie przegrał z popularniejszym w mieście Ryszardem Grobelnym, swoim byłym podwładnym. Teraz na dobre wrócił do swego miasta.
Wojciech Szczęsny Kaczmarek mówi, że po powrocie w Poznaniu uderzyły go dwa zjawiska. Nastąpiło zdecydowane upartyjnienie samorządu. A centralizm państwowy w zarządzaniu, który widoczny był już wcześniej, posunął się jeszcze dalej.
– Jest to charakterystyczne dla całego kraju – twierdzi były prezydent Poznania.
Teraz kontynuuje zajęcie sprzed wyjazdu do Francji. Jest ekspertem w PKO BP.
– Zajmuję się samorządami w całym województwie, m.in. problemem przygotowań do pozyskania pomocy unijnej – mówi.
Niezręcznie mu oceniać stopień przygotowania Poznania. Mówi tylko, że niezbędne jest umieszczenie zadań z programu strategicznego rozwoju miasta w programie wykorzystania funduszy unijnych.
Z poznańskim samorządem i z urzędnikami ciągle ma kontakty. Uderzyła go duża zmiana atmosfery w Urzędzie Miasta. Urzędnicy są nie tylko przestraszeni i pełni niepokoju o przyszłość, ale na dodatek zostali zatomizowani.
– Występuje izolacja, ludzie czują się osamotnieni. Działają na własną rękę, a trudno dobrze zarządzać, gdy urzędnicy ze sobą nie współpracują. Samo formalne dotrzymywanie terminów to jeszcze nie wszystko – podkreśla Wojciech S. Kaczmarek.
Zauważył też marazm panujący w magistracie.
– Gdzieś przepadła dawna atmosfera. Przypominam sobie awantury w Radzie Miasta – zawsze coś się działo, o coś chodziło, ale nie o to, by sobie coś prywatnie załatwić. Poznań ostatnio przypomina mi spokojne miasta, które widziałem za granicą. Tam jednak wszystko jest już poukładane, a my mamy jeszcze mnóstwo do zrobienia – mówi.
Miasto ma się rozwijać jako ośrodek konferencyjny, ale dysponuje tylko jedną salą (na Targach) z prawdziwego zdarzenia. Kuleje komunikacja tramwajowa, a same autobusy transportu poznaniakom i gościom nie zapewnią.
Na tle zagranicznych miast Poznań, zdaniem prezydenta, nie wygląda źle. Dystans do miast niemieckich jest duży, ale wobec francuskich kompleksów mieć nie musimy. Obiekty i infrastruktura, które powinno mieć nowoczesne miasto, szybsze linie komunikacyjne, nowoczesny stadion, hala widowiskowa – trzeba zbudować, ale w odpowiedniej kolejności.
Rozmowa z Wojciechem Szczęsnym Kaczmarkiem
Gdy przebywał pan za granicą głośno było o poznańskich aferach. Najpierw o arcybiskupie Paetzu, potem o Kroloppie. Nie było panu przykro, że pańskie miasto zyskuje złą sławę?
– Pracując w Paryżu zapewniłem sobie dostęp do szczegółowych informacji z kraju i z Poznania, byłem wtajemniczony. Tych afer nie było wiele. Podchodziłem do nich ostrożnie. Nie zawsze to, co się pisze odpowiada prawdzie. Trudno się zresztą spodziewać, że rozmaite brzydkie rzeczy dziejące się w całym kraju ominą Poznań. Twierdzę, że afery arcybiskupa Paetza i Kroloppa to wydarzenia jednostkowe. Nie można na ich podstawie oceniać miasta, czy regionu.
Tych afer było trochę więcej. Ostatnio opinię publiczną bulwersuje sprawa sprzedaży gruntu w śródmieściu państwu Kulczykom.
– Muszę przyznać, że ta transakcja mnie zdziwiła. Nie wiem, czy gdybym pełnił urząd, do tego by nie doszło. Musiały chyba być ważne argumenty na rzecz zrobienia tego interesu.
Wypowiada się pan na ten temat wyjątkowo powściągliwie…
– Coś na ten temat wiem. Boję się tylko, że sprawa skończy się sprzedażą całej nieruchomości innej osobie, wcale nie związanej z Poznaniem. W biznesie nie jest tak, że kupuje się nieruchomość na całe życie. Ustalenia zawarte podczas pierwszej transakcji stracą ważność, gdy pojawi się nowy właściciel.
Wczorajsza „Gazeta Wyborcza” pisała o osobach, które wprowadził pan do samorządu, a które nie złożyły wymaganych oświadczeń majątkowych. Jak należy określić ich postępowanie?
– Normalnie – jako próbę zatajenia swoich dochodów. Jestem złego zdania o tzw. ustawie antykorupcyjnej. Nic ona nie poprawi i jest dla składających oświadczenia niebezpieczna. Skoro jednak prawo obowiązuje, to należy go przestrzegać.
Podobały się panu obchody 750-lecia lokacji Poznania?
– Obchody były takie, jakby jubileuszu nie było. Wielkim wydarzeniem był z pewnością koncert Petera Gabriela. O nim dużo się mówiło, tyle że nie w kontekście jubileuszu miasta. Podobne wydarzenie można było zorganizować w każdym miejscu. Innych akcentów jubileuszu nie było.
A Wielka Parada Lokacyjna?
– No dobra, była Parada. Ale równie dobrze mogła być Parada Świętomarcińska, organizowana co rok. Może się mylę, ale chyba po tej rocznicy nic w mieście nie zostanie.
Nie zapominajmy o rzeźbach Magdaleny Abakanowicz.
– A one mają związek z jubileuszem? Skoro tak, to coś jednak zostanie. Gratulowałem prezydentowi tych rzeźb.
Gdy rządził pan miastem zapowiadało się, że nasze Targi, które udało się ocalić przed zawłaszczeniem przez Warszawę, mają świetlaną przyszłość. Tymczasem jest z nimi coraz gorzej.
– Mają takie trudności, jak wszystkie targi na całym świecie. To nie jest poznańskie zjawisko. Konieczne jest przemodelowanie programu działania, bo system marketingu z wykorzystaniem targów dobiega kresu. Istnieją znacznie tańsze możliwości uzyskania tego efektu. Nie obejdzie się bez zmiany formuły wystawiennictwa.
Elżbieta Penderecka, skłócona z krakowskim samorządem, grozi wyniesieniem stamtąd kulturalnych przedsięwzięć. Czy Poznań powinien skorzystać z okazji i złożyć ofertę żonie wybitnego kompozytora?
– Poznaniowi potrzebne są ważne wydarzenia kulturalne. Nie tylko organizowane przez panią Penderecką. Trzeba korzystać z każdej okazji.
Wrocław promuje się zapraszając znanych ludzi kultury, oferując im mieszkania. Czy nie warto postąpić podobnie?
– To bardzo poważny problem. Nosiłem się z takim zamiarem przez osiem lat, ale nie miałem odwagi na realizację. Na polu kultury, nauki Poznań jest miastem zamkniętym.
Potrzebujemy fachowców z różnych dziedzin. Takiego człowieka trzeba ściągnąć oferując mu mieszkanie. Ale jest długa lista oczekujących na mieszkania komunalne. Dlaczego ktoś ma być ważniejszy niż poznaniak od lat czekający na przydział mieszkania? Ale jeśli się takich działań nie podejmie, miasto się nie otworzy.
Rozmawiał Józef DJACZENKO
Autor artykułu: Józef Djaczenko